wstaje o piatej trzydziesci. nie z dyscypliny - z przyzwyczajenia. miasto o tej porze nalezy do innych ludzi: do tych co sprzataja, do tych co wracaja z pracy nocnej, do mnie.
dzis na plantach pachnialo lisciem mokrym i jakims dymem. kawiarnia na florianskiej byla jeszcze zamknieta ale swiatlo bylo. baristka pomachala mi przez szybe. pomachalem.
potem chodze. do rynku, dookola sukiennic, z powrotem. nikt mi nic nie chce, ja nikomu. trzy razy w tygodniu. nie pisze o tym poniewaz to wazne. pisze o tym poniewaz nie chce zeby to znikneo.